Nowe wydanie "Bajek przez telefon" Gianniego Rodariego

Nowe wydanie

 

Drodzy czytelnicy, szykujemy dla Was coś specjalnego! Nowe wydanie Bajek przez telefon Gianniego Rodariego - w częściach :) Obecnie poszukujemy ilustratora do współpracy nad tytułem. Wszystkich zainteresowanych współtworzeniem Bajek zapraszamy do wysyłania nam próbek z pomysłami.

 

W rozwinięciu tego ogłoszenia znajduje się fragment tekstu, który, mamy nadzieję, przybliży zainteresowanym klimat książki. Więcej informacji tutaj:


_______________________________________________________________________________________________

Wszelkie próbki ilustracji nadesłane na adres propozycje@wydawnictwobona.pl w wiadomościach o tytule: 'Ilustracje do Bajek' nie zostaną wykorzystane przez Wydawnictwo. Czekamy na Wasze zgłoszenia do 15 września. Zastrzegamy sobie prawo do odpowiedzi tylko na wybrane wiadomości. 

 

Poniżej zamieszczamy fragment Bajek przez telefon Gianniego Rodariego.

 

 

Karuzela w Cesenatico

 

Pewnego razu w Cesenatico, nad brzegiem morza, pojawiła się karuzela. Miała raptem sześć drewnianych koników oraz sześć czerwonych, nieco wyblakłych samochodzików dla dzieci o bardziej nowoczesnych upodobaniach.

 

Człeczyna, który napędzał ją ręcznie, był mały, chudy, ciemny i wyglądał na kogoś, kto jada tylko co trzeci dzień.Słowem, nie była to z pewnością nadzwyczajna karuzela, lecz dzieciom musiało się wydawać, że jest chyba z czekolady, bo obstępowały ją zachwycone i ciągle marudziły, że muszą się nią przejechać.

 

– Co takiego ma w sobie ta karuzela? Miód? – zastanawiały się mamy. I proponowały dzieciom: – Chodźmy popatrzeć na delfiny pływające w kanale, chodźmy do kawiarni z bujanymi kanapami.

 

Nic z tego: dzieci chciały na karuzelę.

 

Pewnego wieczoru jeden starszy pan posadził wnuka w samochodziku, a potem sam także wszedł na karuzelę i dosiadł drewnianego konika. Było mu niewygodnie, bo miał długie nogi i dotykał stopami ziemi, uśmiechał się z zakłopotaniem. Lecz gdy tylko człeczyna zaczął kręcić karuzelą, stało się coś niezwykłego: w jednej chwili starszy pan znalazł się na wysokości drapacza chmur w Cesenatico, a jego konik galopował dalej w przestworza, kierując pysk w stronę nieba. Pan spojrzał w dół i zobaczył całą Emilię-Romanię, potem całe Włochy, a potem całą kulę ziemską, która oddalała się pod kopytami konika i wnet także ona zmieniła się w małą błękitną karuzelę, która kręciła się i kręciła, ukazując, jeden po drugim, kontynenty i oceany wymalowane jak w atlasie geograficznym.

 

– Dokąd my właściwie jedziemy? – zastanawiał się starszy pan.

 

W tym momencie przemknął przed nim wnuk za kierownicą starego, nieco wyblakłego czerwonego samochodzika, przemienionego teraz w pojazd kosmiczny. Za nim zaś, po kolei, sunęły wszystkie pozostałe dzieci, spokojne i pewne na swojej orbicie niczym liczne sztuczne satelity.

 

Kto wie, gdzie podział się człeczyna. Słychać było za to jeszcze gramofon, który grał jakąś okropną cza-czę: jedno okrążenie karuzeli trwało tyle, co cała płyta.

 

– Czyli to jednak jakieś czary – powiedział do siebie starszy pan. – Ten niepozorny człowieczek musi być czarownikiem.

 

I pomyślał: „Jeśli w czasie grania jednej tylko płyty okrążymy całą Ziemię, pobijemy rekord Gagarina”.

 

Teraz kosmiczna karawana przelatywała nad Oceanem Spokojnym i wszystkimi jego wysepkami, nad Australią ze skaczącymi kangurami, nad biegunem południowym, gdzie miliony pingwinów stały z zadartymi do góry dziobami. Nie wystarczyło jednak czasu, żeby je policzyć: w ich miejsce pojawili się Indianie wysyłający znaki dymne, potem nowojorskie drapacze chmur, a potem już tylko jeden drapacz chmur – ten w Cesenatico. Płyta się skończyła. Starszy pan rozejrzał się dookoła zdumiony: znowu siedział na starej, poczciwej karuzeli nad brzegiem Adriatyku, którą ciemny, chudy człeczyna zatrzymywał właśnie łagodnie, bez szarpnięć.

 

Starszy pan zszedł z karuzeli, chwiejąc się na nogach.

 

– Przepraszam bardzo… – zwrócił się do mężczyzny. Lecz ten nie miał czasu go wysłuchać, bo inne dzieci usadowiły się już na konikach i w samochodzikach, a karuzela wyruszała właśnie w kolejną podróż dookoła świata.

 

– Proszę mi powiedzieć… – nalegał starszy pan, trochę urażony.

 

Człeczyna nawet na niego nie spojrzał. Znów pchał karuzelę, widać było roześmiane dzieci, które kręciły się dookoła, wypatrując uśmiechu otuchy na twarzach stojących wokół rodziców.

 

I ten niewart funta kłaków człowieczek miałby być czarodziejem? A ta śmieszna machina trzęsąca się w rytm okropnej cza-czy miałaby być czarodziejską karuzelą?

 

– Dość! – nakazał sobie starszy pan. – Lepiej nikomu o tym nie mówić. Jeszcze by się ze mnie ktoś śmiał i powiedział: „To nie wie pan, że w pana wieku niebezpiecznie jest jeździć na karuzeli? Może się zakręcić w głowie!”.

 

Przełożyła Ewa Nicewicz-Staszowska